Przejdź do zawartości

Strona:Józef Weyssenhoff - Jan bez ziemi.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
—   202   —

 — Proszę papy nie mieć nadziei. Depesza przyszła trzy dni temu. Ja już odpowiedziałam.
 — Co odpowiedziałaś?!
 — Żeby nie przyjeżdżał, bo ojca niema w domu.
 Pan Robert cisnął depeszę na stół gwałtownie i wybuchnął:
 — Wiesz co, Dodo, że jesteś niemożliwa! Odpowiadasz za mnie i gmatwasz wszystko wcale niemądrze. I gdzież tu choćby prosta gościnność? On oznajmia swą wizytę — pierwszą wizytę u nas, a ty... To już nawet nie po polsku, nie po szlachecku!
 Chodził po pokoju zupełnie gniewny.
 — Może ojciec od siebie odpowiedzieć inaczej. Jeżeliby przyjechał, ja mu się nie pokażę.
 — A nie pokazuj się! Dość już pokazujesz, jaka jesteś. I najlepsza młodzież od ciebie ucieka. Za kilka lat trzeba będzie wybierać w gorszej.
 — Niech ojca o to głowa nie boli — odrzekła Dosia sucho i wyszła z pokoju.
 Robert zaś sapał ze złości i stękał z ubolewania nad uporem córki. Rzucił się następnie do swego gabinetu i przez telefon nadał depeszę do Warszawy, zapraszającą Skumina do Radogoszczy.
 — Będzie, co będzie, ale pozwól mi przynajmniej zachowywać się po ludzku — mówił głośno do Dosi, której nie było już w pokoju.

 Wczesny zmierzch zimowy zasiał ciszę we dworze i we wsi. W takiej atmosferze milkną rychło urazy, szczególniej między członkami rodziny, którzy bardziej się lubią, niż czubią. Już Robert zerknął parę