Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale ten żyd, umówiony od was dawniej, wiedział o tem, może chce mając w ręku chłopca targować się? Może to on go porwać kazał?
— Tego nie wiem mości książę.
— Spiesz do niego! Jeśli tam jest to chłopię, zostawić. Wszystko co chcę otrzymam. Nikt inny nie mógł go porwać, jeśli nie wymysł matki.
— Ale ona płakała mości książę.
— Łzy kobiece! to rosa codzienna! Nie kupić ich! Nemiro — idź.
Nemira skoczył na konia w stajni i popędził ku mieszkaniu Hahngolda, ale tam żyda nie zastał. Powiedziano mu że od dni kilku nie widzieli go w domu, niespokojni nawet byli o niego — gdzie się podział. Nemira pojechał do Bursy, której był kampsorem, ale i pan Pudłowski i nikt o żydzie powiedzieć nie umiał, od dwóch tygodni znikł z miasta.
Nie wiedząc kogo Hahngold używał wprzód do porwania dziecka, Nemira nie mógł dalej badać, powrócił więc do domu z niczem. Książę Sołomerecki palił się ze złości.
— To ich robota, wołał, rozesłać szpiegi, zapłacić choćby ostatniem, zastawić moje klejnoty — do ostatniego rzędu, a dojść gdzie on i co z nim zrobili.
Toż samo prawie, zimniej tylko, mówił wojewoda Firlej, który posądzając nikogo innego tylko księcia Zborowskich, klął się, że porwanego odszuka. Dziesięciu żydków sprawnych, których wojewoda do wszystkich podobnych używał robót, rozlecieli się po Krakowie, po okolicach. Matka ze swojej strony pieniędzmi, prośbami, łzami, starała się nakłonić otaczających ją, aby dołożyli starania dla odszukania dziecka. Ona pomimo