Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


obok niego, na jednym siedziała kobieta, na drugim starzec i dziecko; wszystkie trzy szkapy obwieszone były sukniami, skórami i różnym sprzętem. Ogromny łup zebrany w Podolu i Rusi kotolickiej dozwolił każdemu z najezdników, dobrą uprowadzić zdobycz. Nadbożanin postrzegł w torbie wystający błyszczącym rogiem srebrny lichtarz z jednej strony konia, z drugiej żelazną patelnię. Starzec płakał, kobieta osłupiałem okiem patrzała, dziecko drzemało, Tatarzyn w milczeniu popędził bydło. Orda rozbiła się była i Białogrodzcy w swoją stronę, Jedyssańcy w swoją się udawali; Nadbożanin dostał się jednemu z Jedyssańców koczujących w bałkach nad Kujalnikiem za Dniestrem. Mimowolnie spojrzał w twarz swemu panu. Był to stary już człowiek srogiej twarzy, wklęsłych małych oczu, krótkich włosów czarnych, żółtej cery, odstawionych uszu. Na nagiej jego piersi kawałek baraniej skóry szerścią na wierzch obrócony, zszyty z przodu, marszczył się i garbił szeroko. Ręce z pod niego nagie, naga szyja wystawała, część nóg także obnażonych wisiała na sakwach któremi koń był obciążony; łuk miał i kołczan na plecach, nóż za pasem, kilka torb i dużo sznurów i łyk u łęku. Nie było wyrazu nasyconej radości jaka błyszczała w oczach innych Tatarów, na twarzy dzikiej, chmurnej, milczącego Jedyssańca. Zdawał się głęboko myśleć i machinalnie tylko dopełniać nadzoru nad zaborem swoim. Kilka razy zagadali do niego bracia mijając go, ale nic im nie odpowiedział. Zresztą uważał Nadbożanin, że drudzy byli dlań prawie z uszanowaniem. Jedyssaniec zboczywszy nad Dniestr, posuwał się drogą po nad pławniami, po stromych górach, szukając zda się brodu dla przebycia rzeki. Ale wiosenne