Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/65

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Koniuszy był bo ciekawy wszystkiego, co się tyczyło Zadorskiego, jak gdyby go z nim węzeł jaki łączył.
    — No, a co tam przywozisz? — spytał.
    — I szczęście i troskę — odparł Jacek — oboje za wielkie dla mnie! Jak im podołam, jeden Bóg wie, co mi je dał.
    — Tandem — cóż takiego!
    — Mam obietnicę rodziców i słowo panny, pierścionkiśmy zamienili — a dalej!
    Westchnął tylko.
    — Ba co ma być dalej, pójdziecie do ołtarza i kwita.
    — Tak w tym kontusiku co na mnie? — spytał Jacek, i w tych nowo podzelowanych butach?
    — O! to furda! — odparł Koniuszy — panna grunt reszta się znajdzie.
    Ale gdzie jej było szukać i znaleźć, tego Drobisz nie mówił, a Jacek napróżno głowę łamał. Przychodziły mu myśli różne, wszystkie tak niedorzeczne, że się z niemi popisywać nie mógł. Jeździł tymczasem co wieczora do Wólki, z panną jako oblubieniec przesiadywał na gawędkach godzinami, przed nią się jednak nie przyznawał do nieporadności swej i lepszą miną nadrabiał, niż miał w istocie. Zaledwie się rozeszli, posępniał i desperował.
    Panna Barbara uwiadamiała go o postępach, jakie z matką czyniły, ojca usiłując skłonić, aby Zarucze, im puścił. Stary jeszcze, jak zwykle, wykrzykiwał, że go chcą zarżnąć i to jeszcze tępym nożem, ale zwolna już miękł i zaczynał tylko czynić różne ekscepcye i zastrzeżenia. Miały więc nadzieję, że się zgodzi na to w końcu.
    A tu im bliżej było pożądanego końca tego, tem większy strach opanowywał biedaka, który całego majątku miał kontusz codzienny cum attinentiis; parę butów od dni powszednich i błota, i item drugi garnitur odświętny, dobrze przechowany z butami