Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/24

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Od drzwi jakoś zaraz panna Barbara zaczepiwszy gościa, poszła z nim ku oknom i na uboczu siadła, dając znak, aby przy niej zabrał miejsce.
    Jacek spoglądał na Koniuszego i przypominał rozmowę... Radby był się trzymać od panny zdala, ale ta wcale się nie troszcząc o nikogo, wzięła go w rekwizycyą. Opierać się nie było sposobu — a inklinacya też wiodła do pięknej panny, bo Jacek się w niej kochał. Chudy pachołek i serce i usta musiał na uwięzi trzymać.
    — Dziś pan jesteś jak zwarzony — szepnęła mu panna.
    — Inaczej bo nie może być — rzekł Zadorski. Koniuszy patrzy na mnie, gotów się ze mnie wyśmiać i pleść — niestworzone rzeczy...
    — Co? jakie? — wtrąciła Basia.
    — Czy pani nie miarkuje, że zaraz mnie o niedorzeczne afekty posądzą! — westchnął Jacek.
    — Dla czegoż niedorzeczne? — podchwyciła Łowczanka.
    — Inaczej by ich nazwać nie można, gdybym ja chudy pachoł, oficyalista, śmiał oczy podnieść...
    Basia się rozśmiała wesoło...
    — Wstydziłbyś się pan — dodała — tak dbać o ludzkie języki. Ja się przyznam panu, że gdyby na mnie powiedzieli, iż na pana dobrem okiem patrzę — nie gniewałabym się za to...
    Ruszyła ramionami, a Jacek zapomniawszy się przysunął się do niej, wziął za rękę i pocałował.
    — Nie może to być! — zawołał.
    Tu już mowę oczy zastąpić musiały, a dziwna rzecz, choć od komina siedzieli daleko i pod oknem było ciemno, widzieli się jak w biały dzień i rozumieli — jakby więcej wypowiedzieli niż się zdawało.
    Wesołą twarz zrobiła panna Barbara.
    — Mężczyznie przystoi być nawet trochę zuchwałym — odezwała się — korona z głowy nie spadnie...
    — Ale sercu bieda — rzekł Jacek — gdy w nadzieje zabrnie, a potem je stracić musi.