Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/114

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Wrócił stary do Podsędka.
    — Widzisz! panna miała racyę gdy ci czekać i nie spieszyć kazała. Coś zaszło, ale to tajemnica, rozeszli się.
    — Rozeszli — krzyknął bijąc w dłonie Pokrzywnicki. Wielki Boże! rozeszli się!
    Do obiadu panna Barbara nie wyszła wcale. Badana, matka odpowiedziała, iż nie wie nic, tylko jedno słyszała, gdy Basieczka krzyczała ciągle powtarzając. A tego to już nadto!
    — Coś jegomość przeskrobał — rzekł Łowczy — czekajmy, wyjaśni się.
    Grali potem w warcaby czyniąc najdziksze przypuszczenia, Łowczy kończył za każdą razą.
    — Kto te baby zrozumie!
    Podsędek już ani myślał odjeżdżać.
    Panna Barbara pod wieczór się znacznie uspokoiła. Zdaje się, że miała jakąś nadzieję, iż kawaler rozmyśli się i albo przyjedzie lub przyśle z desprekacyą.
    Upłynął i ten dzień i drugi, nie przyszło nic, ani list. Ile razy na grobli zahuczało Łowczanka biegła do okna; a wróciwszy do niego zalewała się łzami.
    Matce jednak nie powiedziała o co poszło i co ich poróżniło. Upłynęło tak dni pięć. Gdy ją zobaczył wychodzącą do sali Podsędek nastraszył się tak była zmienioną i prawie nagle zestarzałą. Słowa z niej dobyć było trudno, nie słyszała co do niej mówiono.
    Gdy od stołu wstali, chociaż z nieśmiałością wielką, Pokrzywnicki ku pannie kołując zbliżać się zaczął. Nie unikała go.
    — Dziś pannie Łowczance lepiej?
    — Zupełnie mi dobrze — odparła głosem zmienionym.
    — Ból głowy?
    — Ustał...