Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Wielki świat małego miasteczka 02.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
( 181 )

zaświéciły światła w pobliskich oknach, a cienie osób chodzących w środku domów, pokazywały się na zapuszczonych firankach.
Pod mojém oknem, będącém zwykle miejscem schadzki mieszczan, znowu się zeszło kilku jakichś obdertusów i zaczęli rozmowę.
— Oj panie Bartłomieju! mam ja do waszeci urazę.
— No!
— Waszecine indyki szkody mi w ogrodzie narobiły.
— To waść ogród zamykaj.
— A waść indyków nie puszczaj samopas.
— Ej niema o co się kłócić, to