Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Wielki świat małego miasteczka 02.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
( 109 )

można powiedzieć, żeby to było za długo. Gdy tedy myślę sobie o wszystkich rzeczach i niektórych innych, aż tu nowy gość wchodzi do pokoju. Zbladłem na widok dostojnego Burmistrza, i serce bić mi niezwyczajnie zaczęło, jakby z jakiegoś przeczucia. Ledwie że się usadowił dostojny mąż na mojém pochyloném krześle, które piszczało pod ciężarem jego urzędu, pociera czub i chrząknąwszy rozmowę wszczyna:
— A widziałeśże mego syna?
— Raczył dziś być u mnie.
— Nieprawdaż, że z niego dla rodziców rośnie pociecha.
— O i wielka, dla każdego jest prawdziwą pociechą.