Przejdź do zawartości

Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
73

nigdy tknąć nie śmiał... dziewczę pobladło, on dostał głowy zawrotu. Przyłożył usta w milczeniu do ręki, oczy się ich spotkały.
— A! panie Karolu! szepnęło dziewczę.
— Ewusiu!.. ja.. ja ci tylko chciałem powiedzieć dwa słowa. —
— A! to może co strasznego!
— Nie — nie... to tak... to żart...
— Czyżbyś żartował — ze mnie?
— O! niechże Bóg broni! nie z was! to tak! Wy nie wiecie... to sekret dla wszystkich, ja może za kilka dni wyjadę... może... otóż chciałem was pożegnać... tylko was! bo o tém nikt wiedzieć nie będzie.
— Jakto? jedziecie bez wiedzy państwa! potajemnie? a! to bardzo źle...
— Ale bądź spokojną... to nic złego, ręczę wam... późniéj dowiecie się wszystkiego... Ja wam tylko na odjezdném chciałem raz powiedzieć, że kocham was jak brat... i chciałem was spytać... Wyrazy umarły na wargach, oczy je zastąpiły.
Dziewczę pobladło jak marmur a potém zaczerwieniło się jak wiśnia.