Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nego, na poły żywego niesiono, a krew zeń ciekła jak z beczki, jeszcze się do ludzi odezwał:
— Ot co juchy płynie darmo, gdyby tak z innego bożego stworzenia, byłaby przynajmniéj kwaśna polewka...
O cudze życie tak mało dbał jak o własne, tylko do pułkownika przywiązany był jak pies... Skiba go téż kochał, choć się nieustannie sprzeczali.
Samocha wszedł, tarł czoło, stał, z twarzy znać było frasunek, choć go w sobie taił.
— Cóż ty tam przynosisz, Samocha?
— A no, pułkowniku, dobrego teraz na targu nie dostać, odparł skrobiąc się po łysinie i wahając z nogi na nogę stary rębacz... Moskaliska zawalili nam drogę do Krakowa, do Tyńca, a choćby i w inną stronę, tak że gdziem się potknął albo nos w nos, albo po nich jeszcze świeżo dziegciem śmierdziało. Mówią że w Krakowie i okolicy ma być do pięciu tysięcy... Z kąd się to psiarstwo bierze...
— No, dowiedziałeś się, w Tyńcu, w Lanckoronie, w Bobrku, w Częstochowie trzymają się nasi?
— Trzymają się ale słabo.. jest tam znowu