Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Stary sługa tom I.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   29   —

podniósł, usta wykrzywił, ramieniem wstrząsnął i odszedł w milczeniu.
— No? ale pani z niego kontenta i lubi go i słucha? — spytał znów Kalanka, biorąc milczenie w znaczeniu negacji.
— A kogo pani nie lubi? a kogo pani nie słucha? — rzekł po cichu żyd.
— Mówią, że i starego Stanisława bardzo też lubi?
— To co innego! — odparł żyd; — to stary sługa jeszcze nieboszczyka sędziego; on w domu jakby krewny, nie jak sługa.
— I to poczciwy, mówią, człowiek?
— On to poczciwy! ale ja jego nie lubię!
— Czemuż?
Juchim ręką tylko machnął.
Kalanka fajkę sobie nałożył i czy to że go wypytywanie bawiło, czy że miał potrzebę czegoś się dowiedzieć, rozpoczął je na nowo.
Nim jednak od komina, dokąd po ogień chodził, powrócił, żyd wywołany przez Surę, która ramionami ruszyła na niego i głową potrzęsła, dając mu znak, żeby milczał... stracił całkiem ochotę do rozmowy.
Zabrał flaszeczkę, chleb i sól, i ustąpił do alkierza, potem czegoś pilno wybiegł do sieni, a powróciwszy, począł indagującego jegomości zbywać pół-słowami. W tem głos obcy dał się słyszeć pod oknem:
— Hej, Zmora, psia wiaro, a już gdzieś w kącie leżysz do góry brzuchem! weź no mi konia potrzymaj!
Wszyscy wyjrzeli przez okno.
— To Boikowski! — zawołał Juchim z jakąś miną frasobliwą.
— A! to Boikowski! ot dobrze się trafiło, umówimy