Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Stary sługa tom I.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   25   —

— Wiesz przecie, że ja ciebie nigdy nie mijam.
— A któż może minąć Zapadnię? — dorzucił żyd ruszając dumnie ramieniem.
Rozśmiał się pan Kalanka, spojrzał na kozaków, potem na żyda, który już się koniom przypatrywał i ludziom, postąpił kilka kroków jakby chciał wnijść do karczmy, ale zaraz zawrócił.
— A dobra u ciebie Juchimie wódka? — spytał — bobym i sam gotów kroplę się napić; wieczór chłodnawy, ja już głodny, samowara pewnie nie masz?
— Na co mnie tych nowości! — rzekł Juchim ruszając połową ciała. — Co się tyczy wódki, mogę panu dać choćby szabasówki.
— A dobrze, i siana dla koni wiązkę niech rzucą.
Gospodarz zawołał Zmory.
— Stróż! stróż!
Zmora ukazał leniwo głowę z za węgła.
— Co ty tam robisz?
— Co? juściż koło drew! — i ruszył ramionami, jakby go bolało niesłuszne posądzenie o próżniactwo.
— Pójdź i daj pańskim koniom wiązkę siana, a pan łaskaw do izby, czy może tu wynieść wódki?
Kalanka zdawał się nie wiedzieć dla czego roztargaiony i wahający.
— Do izby! — rzekł — no, no, pójdę do izby...
Wziął fajkę od Jagody, któremu kazał zostać przy koniach, a sam z Juchimem wsunął się do sieni.
W wielkiej izbie zastali Surę, swoim zwyczajem zajętą tak, że nawet przybyłemu głową kiwnąć nie raczyła, gdy ją przywitał: — Jak się masz pani Sura? — Naścia przędła pod piecem i okiem tylko z ukosa rzuciła na pana i żyda. Z alkierza dolatywał donośny głos