Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak się jakoś składało — odparł zakłopotany rezydent.
— Ja przed panem sekretów nie mam — dodało dziewczę — pan słyszał, mówią — mówią że:
Trudno jej jakoś było to powiedzieć i Czuryło dokończył:
— Wiem, że to konkurent panny Izabelli.
— A widzi pan, jaki pan niedobry, To pan wie o tem, i nie chciał nawet go zobaczyć? a jabym taka była ciekawa wiedzieć co też pan o nim powie?
— Moja panno Izabello — westchnął stary — na cóżby się to jej przydało! Inaczej sądzą moje oczy, a inaczej młode.
— Ale to tak się wydaje — dodała p. Izabella, jakby pan co do niego miał, i nawet nie chciał się z nim spotkać. Pan Zubko, który o panu wiele ciągle słyszy, sam mi mówił, że mu to przykro, iż pana nie poznał.
— A na co mu się to przyda? — odparł Czuryło, a w chwilę potem dodał: — niech mu to pani wytłómaczy, że ja jestem dziki, nie rad nowe znajomości robię i ludzi unikam. Tak będzie najlepiej.
— Ale nie! nie! — przerwała kaprysząc trochę panna Izabella, która wiedziała, że miała moc wielką nad rezydentem — pan dla mnie to powinien zrobić — przemódz się, być grzecznym i poznać się z p. Zubką.
— Moja p. Izabello — począł się wypraszać stary, do czego się to zdało mnie męczyć?
— Kiedy ja pana tak pięknie proszę? Widzi pan, widzi, żeby takiej małej rzeczy nie chcieć dla mnie uczynić — panie Strukczaszycu — czy się to godzi? Zawsze mi pan mówił od dziecka — kocham Izabelkę, kocham, a jak Izabelka o co prosi — to — nic — nic z tego! Widzi pan.