Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Roboty i prace.djvu/98

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    To mówiąc, ręką bramkę otwartą wskazywał...
    Piętka, który go widywał naprzód w owéj brudnéj izdebce z gumowym płaszczem i starym parasolem, potem w saloniku dosyć podejrzanego smaku, nareszcie w nowym wagonie skromnie okupującego teatr swych tryjumfów, bardzo był ciekaw ujrzéć nowe mieszkanie tego improwizowanego Krezusa.
    — Jeśli nie będę natrętnym! — odezwał się.
    — Będziesz mi najpożądańszym, przerwał Płocki, popychając go do ogródka i prowadząc spiesznie na piérwsze piętro wytwornego domku, które zajmował. Ja tu żyję samotnie, jak anachoreta, nie widuję prawie nikogo, oprócz... moich nauczycieli.
    — Jakich nauczycieli? — zawołał zdumiony Piętka... Czy się doktoryzujesz?
    — Nie, ale się uczę, rzekł skromnie Płocki, czułem, że mi wiele brakło, cóż dziwnego, że uczyć się chciałem. Potrzebowałem dopełnić bardzo wiele niedostatków. Siérota, wychowanie odebrałem zaniedbane... nigdy zapóźno do nauki, nauka jest téż dźwignią.
    Zmieniony i spoważniały ton, jakim to mówił, nie mniéj nad treść zdumiéwał Piętkę.
    — Złote słowa! rzekł z ironicznym uśmiéchem.
    Wchodzili właśnie do mieszkania urządzonego z komfortem i wdziękiem, które nic do życzenia nie pozostawiały. Najwykwintniejsza czystość panowała wszędzie. Wszystko tu było drogie, wy-