Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nu! on tego nie rozumie!
— A tyluż tu było co nie płacili.
— Ty za nich i za siebie zapłacisz! — krzyknął żyd w złości.
Janek się obruszył, żyd go za kołnierz i począł krzyczéć coraz głośniéj.
— Gwałt! złodziéj! gwałt! złodziéj! A tym czasem nuż go okładać pięściami, małpa widząc to siadła mu na kark, gorliwie naśladując swojego nauczyciela... poczęli go grzmocić we dwoje; Janek narobił wrzasku, ale głos jego tłumiło wołanie żydowskie: złodziéj, złodziéj!
Nadbiegł po chwili ront, a widząc, że żyd wrzeszczy, że się Janek wyrywa, chwycił jegomości pod boki i nie opatrzył się chłopak, jak go do ciemnéj ciupy wsadzili.
Nie mógł w początku zrozumiéć co to się takiego stało, oglądał się, wzdychał, płakał, aż postrzegł starego wąsacza, który paląc siedział na ławie i patrzał nań z dobrodusznym uśmiechem. Wzrok tego starego, jego fajka tak Jankowi nieszczęsnemu drwala przypomniały, że mu dreszcz poszedł po skórze... Ale ośmielił się raz drugi spojrzéć, i z pod wąsów sumiastych do-