Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Było to niby pozwolenie, Janek dwa razy sobie mówić nie dał i ciężar dźwignąwszy cały, poszedł ścieżką po drodze...
Ale szli powoli... powoli i patrzeli sobie w oczy, uśmiechali się do siebie, szeptali, zdaje się nawet, że się ścisnęli za ręce... a czas ubiegał, ubiegał... Nareszcie pokazał się płotek, wrotka, chatka, podwórko... dziewczę się obejrzało i westchnęło, Janek radby był iść z nią daléj... na progu kazała mu złożyć chusty i żywo poczęła je znosić do izby... Ale jedno drugiemu podawało, a co się naśmieli, co się nażartowali!! Ostatni już węzełek zaniosła dziewczyna i Janek miał próg za nią przestąpić, gdy nagle drzwi się żywo zatrzasły, śmieszek dał się słyszéć z sieni, a chłopiec osłupiały z podziwem pozostał przed progiem... Nie wiedział co począć z sobą, gdy maleńkie okienko odsunęło się trochę, piękna główka przez nie wyjrzała i głosek figlarny zawołał.
— Późno wam będzie do miasta, bywajcie zdrowi!..
Dopiero sobie Janek drogę przypomniał, westchnął u zamkniętéj szybki, zawrócił się i poszedł ze zwieszoną głową.