Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zmian jakim miasto uległo, i nową jego śledząc fizyjognomiją, spotkałem od Bonifratrów wychodzący kondukt pogrzebowy, ubogi dosyć i nieliczny. Za trumną szła blada i wynędzniała kobieta w żałobie, prowadząc dziecię za rękę.
Miałem już minąć po krótkiéj modlitwie, i pogrzeb i klasztorek, gdym ujrzał księdza Jacka, który wzrokiem zwilżonym zdawał się żegnać odchodzący wóz czarny. Zbliżyłem się, poznał mnie stary.
— Szczególna rzecz — zawołał po cichu, — a toż waćpan znowu trafił na pogrzeb tego nieszczęśliwego Jana?
— Znowu tu wrócił? — podchwyciłem zdziwiony — jakże się to stało? byćże to może? zdawał się zdrów zupełnie!
— Stało się to najprościéj w świecie — odparł braciszek — wyżył się, wyczerpał, zdradzili go świat i ludzie... mundus immudus, szarpały zgryzoty, opuściły siły, nie miał ich już ani na grzech, ani na pokutę, i w wielkim jęku boleści, ale pojednany z Bogiem opuścił ziemię... nieszczęśliwy zapaśnik... modlmy się za niego,