Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzeczywistości i oprzytomnienia przywołały; uściskałem go ze łzami i wyszedłem, aby być samym.
Machinalnie, nie wiem jak, znalazłem się w sali gry; poczułem przy sobie resztę moich pieniędzy i zacząłem grać wściekle, stawiając odrazu wszystko, co mi pozostało.
Tym razem szczęście miałem nadzwyczajne: trzy czy cztery razy podwoiła się znacznie pierwiastkowa stawka; kupę złota przysunął mi krupier; rozdzieliłem ją na dwoje i postawiłem dalej i wygrałem jeszcze.
Ale najupartsze szczęście w grze uledz musi szaleństwu takiemu jak moje... Około północy znikły jak sen z przedemnie wygrane pieniądze, a w kieszeni pozostał przypadkiem zamięszany miedziany grosz, z którym odszedłem wreszcie od stołu, z dziką jakąś rozkoszą, czując się zrujnowanym bezpowrotnie. Gdy mi przyszło wstać, tak byłem złamany i zbity, głowa tak mi gorzała straszliwie, żem się ledwie mógł utrzymać na nogach; przypisano to zapewne wrażeniom gry, chociaż niewiele, lub nic się nie przyczyniła do stanu mojego. Noc tę przepędziłem w otwartem oknie mojej izdebki, szukając chłodu, który dopiero nad rankiem uczułem silnie, i z dreszczem gorączki położyłem się do łóżka.
Nie wiem co później stało się ze mną, ale pamiętam tylko okrutną walkę, jaka się we mnie odbyła: gniewu, oburzenia i namiętności, która mnie do stóp jej przykuła.
Nie ma bardziej upokarzającego położenia nad niewolą taką, która przywiązuje serce do istoty niegodnej szacunku, zasługującej na wzgardę. Płochość Laury, jej brak uczucia, były już dla mnie widoczne: wiedziałem, że igraszkę sobie zrobiła ze mnie, jak czyniła z innych, że była wietrznicą dziwną, co nigdy szczerze, głęboko nic ukochać nie potrafiła: widziałem go, jej kalectwo i poczwarność, a mimo to wszystko kochałem ją zapamiętale, szalenie, do ofiary krwi i życia. Kochałem w niej utworzony przezemnie ideał, nadzieje moje ostatnie, posąg, Boże arcydzieło, nie wiem