Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nieznośny jesteś z tą swoją ceremonialnością; a cóż mi z tego, że będziesz plótł czego nie myślisz, i obchodził z daleka prawdę, której się chcę dowiedzieć.
— Dla mnie, — rzekłem, — miłość jest najidealniejszem uczuciem na ziemi: szukam w niej nie obłąkania zmysłowego, nie chwilowego nasycenia, ale uroczego snu niebios; muszę więc, bym się zakochał, znaleźć ideał, a ten niestety! chodzi w koronkach i atłasach!
— Otóż to smak zepsuty! Mylisz się najmocniej, — zakrzyczał gorąco hrabia, goręcej niż był zwykł się odzywać, — ideał to prostota, naiwność, to młodość, to serce — a serca pod sznurówką paryzką nie znajdziesz.
— A gdzież ono mieszka? — spytałem.
— Na chwilę bije ono czasem pod prostą sukienką, dopóki go dłoń świata, ręka czasu, ucisk nędzy nie wyziębi...
— Na chwilę tylko, — przerwałem mu, — wszak tak? a gdy ostygnie, to, co my bierzemy potem za bicie jego, jest już niezręcznie odegrywaną komedją, nieprawdaż?
— Często... niestety!...
— Więc wolę, rzekłem, komedję, którą gra mi panna Mars, znakomita artystka, bo dłużej trwam w złudzeniu, niż licha aktorka prowincjonalna przy łojowych świeczkach.
— Sofizmat! sofizmat! — rozśmiał się hrabia biorąc się za głowę, — wszystkie one są Marsa’mi, gdy im miłość odgrywać przyjdzie: to zadanie ich życia; instynkt mają wyższy nad sztukę.
— A! smutne to co mówimy! szepnąłem.
— Jak smutne życie całe dla tych, co w niem szukają snów i ideałów. Wierzaj mi, nie potrzeba żądać za wiele, ani szybki z okna, ani gwiazdki z nieba, ani ptasiego mleka! Gwiazdy nigdy, przenigdy nie zlatują na ziemię... Co do mnie, — przerwał zwracając rozmowę, — stokroć wole proste dziewczę, świeże, młode,