Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kreacja Boża, która się może raz w lat tysiącu zjawia na ziemi, zstąpiła i objawiła się przedemną nikczemnym, niegodnym, maluczkim. Tylko potęgą uczucia mojego dla niej stałem się godny tego cudu. Wiesz? największe jeniusze wieku: Wiktor Hugo, Laprade, Tennyson, Heine, Raumer, królowie, cesarze, leżeli u nóg jej w uwielbieniu i zachwycie, i wszyscy ją uznali jedną z tych istot, jakich ziemia nosić jest niegodna... no, a ja — żebraczek... chudzina... — Tu przerwał, zamilkł, głosu mu brakło, uścisnął mnie. — Przyjacielu! — rzekł, — nie żądaj odemnie bym ci więcej powiedział, jam szczęśliwy!
— W istocie, więcej powiedzieć już nie możesz, — rzekłem, — i życzę ci tylko, aby to szczęście trwało jak najdłużej.
Wojtek zamilkł, jam także nie miał co mówić, rozstaliśmy się. Wypuściłem go w aleję, spieszył wełnę swego bóstwa sprzedawać, aby jak najrychlej powrócić do domu.
I więcej już Wojtka nie widziałem; tylko mi długo historja jego nie mogła wyjść z pamięci. Dziś gdym się od niej spisaniem wiernem uwolnił, sądzę że mnie już prześladować nie będzie.


KONIEC.