Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/120

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Tak, ogólnie, — rzekł, sprzykrzył mi się chleb nauczycielski...
    Cóż robisz?
    — Zarządzam interesami hrabiny, jestem plenipotentem jej. Ona nie ma czasu o niczem pamiętać, niczem się zająć, to natura wyborna, — mówił z powagą komiczną, — służę jej ze szczerego szacunku.
    — A dawna miłość? (Wojtek był już siny, i twarz jego teraz jakby nabrzmiała, nie godziła się z pojęciem uczucia, którego imię wymówić musiałem z ironią, bo się mój słuchacz zmięszał).
    — Uwielbienie, — zawołał z zapałem, — uwielbienie, cześć moja dla tej kobiety, nigdy na chwilę nie ostygły, owszem zwiększyły się jeszcze, poświęciłem życie moje na jej usługi, i jestem szczęśliwy...
    — A zazdrość, — szepnąłem, — która ci takie zadawała męki?
    Wojtek się zapłonił i zmięszał znowu.
    — Mój drogi przyjacielu, — rzekł, — wiesz co Wiktor Hugo powiedział o zazdrości: jest to uczucie, któremu braknie podstawy i logiki, jest to szał zwierzęcy. Kobieta wyższa i dusza szerokoskrzydła, ma inne prawa bytu, inną naturę, inne warunki egzystencji, niż tam jakieś pygmejskie stworzeńka i karlice. Wyjątkowym istotom nieco przebaczyć trzeba, a niekażdy je zrozumie. Ja, przyznaję ci się, niezrozumiałem jej, pojąć nie byłem w stanie, i to wszystkich mych nieszczęść, a raczej niegodziwych szaleństw było przyczyną. Wystaw sobie: ten anioł wszystko mi przebaczył, — dodał składając ręce, — dozwoliła mi napawać się szczęściem widzenia jej, słyszenia głosu... Wprawdzie podzielam je z poczciwym doktorem, ze staruszkiem sędzią, z baronem, z kuzynem Gustawem, ale... ja ich także kocham... dla tego, że oni ją wielbią i kochają.
    Przyznam się do tego grzechu, żem z trudnością w ustach mógł uśmiech utrzymać, pokryłem go wszakże kaszlem i chustką, i słuchałem dalej, chociaż mi gwałtownie na pamięć przychodziła smętna historja