Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się scenie, przysłuchując pieśni. Niewymownie była piękną, a że światło wieczoru nie dozwalało dojrzeć znurzenia na twarzy, ni wieku na licu, wyglądała na ledwie rozkwitłą w całym blasku młodości dziewicę. Wyraz nie zdradzał najmniejszej zalotności, owszem zdawała się bojaźliwą i skromną, unikającą wejrzenia, tulącą się od ludzi. Niekiedy tylko przelotnie czarnemi oczyma przebiegła po ludziach, jak zwierz, co szuka pastwy, i kryła je białemi powieki, długiemi rzęsy przyćmionemi.
Kilku mężczyzn po większej części młodych otaczali ją, stojąc z uszanowaniem na straży królowej, która czasem raczyła wejrzeć na nich, i znowu roztargniona poglądała na scenę.
Wojtkowi twarz się mieniła, rumieniła, bladła: drżał cały, niecierpliwił się, dyszał, obawiałem się, by mi sceny jakiej nie zrobił w teatrze, tak się zdawał poruszony. Na chwilę nie spuszczał z niej oka. Nie wiem czy ona go postrzegła, ale z uparcie mijającego nas wejrzenia, które po reszcie teatru ciekawe robiło wycieczki, domyślałem się, że poznała nieprzyjaciela.
Po drugim akcie, nie dopatrzyłem się, jak Wojtek znikł mi nagle; wyszedłem szukać go i z nadzwyczajnem zdziwieniem postrzegłem po chwili siedzącego w loży hrabiny, która z uśmiechem zwrócona ku niemu, rozmawiała z nim uprzejmie.
Po tem wszystkiem, com słyszał od niego, nie mogłem pojąć tego wypadku. Wkrótce wyszedł z loży, ale do krzeseł już nie powrócił. Zakłopotany o niego, napróżno starałem się go wynaleźć i powróciłem do domu z największym niepokojem. Rano pobiegłem do mieszkania, alem go już tam nie znalazł; ludzie jacyś zabierali i pakowali jego rzeczy. Dowiedziałem się od nich, że się przenosił do hrabiny.
Wytłumaczenie tej zagadki mocno mię zajmowało: Wojtek widocznie mnie teraz unikał; nie mogłem pojąć co się z nim działo, ale musiałem czekać zręcz-