Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/112

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Gdy odszedł nieco, nie śmiałem go zapytać więcej i milczeliśmy długo; a że noc była późna, prosiłem by u mnie przyjął gościnę. Nie chciał się jednak kłaść wcale i pozostał drzemiąc w krześle. Chociaż sen chwilami kleił mu powieki, wewnętrzne wzruszenie odpocząć nie dawało. Zrywał się co chwila i oglądał z przestrachem, jak gdyby szukał czegoś w koło siebie.
    Dniało już, a jam pilnując go nie spał jeszcze, gdy wstał i przechadzać się począł.
    — Nie pytasz mnie nawet o dalsze moje dzieje? — spytał powoli.
    — Lękam się, aby cię ich opowiadanie nie poruszało zbytecznie.
    — Mnie dziś już nic nie może wzruszyć, — przerwał, ani mi przysporzyć cierpienia... Serce jak skóra na ciele stwardniało...
    — Jakżeś powrócił do kraju? — spytałem po chwili.
    — O kiju, pieszo, żebrakiem. Po kilku tygodniach wypuszczono mnie ze szpitala. Hrabiny już nie było w Rzymie, pojechała do Sycylji, a ja nie miałem o czem wledz się za nią, nie miałem nawet chęci spotkać ją jeszcze. Gladiator widokiem ostatniej boleści, moją dziecinną uleczył... Przebaczyłem jej, zapłakałem, zapomniałem...
    Mówił to uśmiechając się smutnie, ale z głosu jego i twarzy znać było, że ją jeszcze zawsze pamiętał, że głos Syreny brzmiał mu w uszach, a piosnka szczęścia w sercu.
    Rozstaliśmy się nazajutrz: ja z bólem głowy, on tak chory, żem go musiał zawieźć do ubogiego mieszkania, bo o swej sile iść nie mógł. Kilka dni potem, nie ruszył się z domu, i pracował pogrążony w zadumie, z której go wyrwać było niepodobna.
    Myślałem właśnie jakimby środkiem ratować go było można, gdy w tydzień później, sam już, nieco zdrowszy, przywlókł się do mnie wieczorem.
    — Chodźmy do teatru! — rzekł z gorączkową jakąś żywością, — do teatru! Kupisz mi bilet, to mnie ro-