Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan Karol.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Wszyscy stali jak wryci, kobiéta kryła się za Karola.
— No, bierz salopę Karuniu i chodź ze mną, rzekł obojętnie Karol. Salopa twoja leży tu na krześle, jeśli chcesz, ja ci ją przyniosę. Trzymając ciągle w ręku pistolet, podał jéj Karol chustkę i salopę. Kobiéta okryła się, tuląc oczy w chustkę, a Karol widząc ją gotową, rzeki zimno.
— Idziemy.
Posunęli się ku drzwiom. Sędzia płakał jak dziecko, a szlochając odezwał się w téj chwili.
— Cożem Waćpani zrobił złego, że mnie porzucasz dla tego wartogłowa, który już tyle kobiét pogubił? Wziąłem cię ubogą, myślałem że się za to przywiążesz do mnie, żem ci przyszłość niepodległą zapewnił; ale nie! O! teraz, dodał Sędzia z gniewem wybuchającym z pod łez, nie wezmę kobiéty, wezmę psa za towarzysza, wezmę zwierzę, będzie wierniejsze!
— Tylko proszę nie bredzić! zawołał Karol. Cicho Sędzio, idź spać, spać, czas ci dawno, niepotrzebnie wstałeś, dobranoc! Potém przychylił się i szepnął mu do ucha.
— Ożeń się trzeci raz, to ja toż samo z trzecią zrobię.