Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 40 —

Kapucyn popatrzał, śmiejąc się i potrząsając głową.
— Ty, moje dziecko do Ziemi Świętej? a cóż to? ślub?
— Nie, pobożność i ciekawość razem.
— E! e! — dodał stary — wątpię ja, żebyście tam dojechali; uwięźniecie w Wenecji, zrazicie się trudnościami i niebezpieczeństwy... ot! może i jakie oczy czarne nie puszczą.
Konrad się uśmiechał, ale te przepowiednie trochę go dotknęły.
— Czyżby ta podróż tak w istocie miała być ciężka? — zapytał.
— Jam ją odbywał dwa razy w życiu, — cicho odparł Kapucyn — raz świeckim jeszcze pokutnikiem, drugi już w sukni zakonnej... Ale wierzaj mi — dodał — pomódl się tutaj, a nie zapędzaj się zbyt daleko, jeśliś ślubu nie uczynił... mało kto cały powraca!
Konrad się zadumał, staruszek znowu poklepał go po ramieniu, uśmiechnął się i rzekł:
— Dłużej o tem rozpowiedzieć mogę; przyjdźcie do mnie do »Frari«, i spytajcie u furty o starego »padre Serafino«.
To mówiąc, dobył różańca, i na nowo chodząc po pokładzie, zaczął szeptać ranne modlitwy. Konrad stał w miejscu zamyślony.
W tych dumaniach tak się zatopił, iż nie spostrzegł, jak słońce dopominało się o zrzucenie opończy. Węgrzynek też już na pół upierzony, oczy przecierał i pacierz odmawiał, ziewając. Wszystko na nowo żyć i ruszać się poczynało na pokładzie: Turcy pili kawę, którą im zgotował Murzyn, i palili tytoń; inni przekąsywali i popijali co kto miał.
Konrad także zajrzał do swej flaszki, i napiwszy się z niej, postrzegł jasno jak na dłoni, że Cazita bardzo się gniewać nie mogła, że się może nawet nie gniewała wcale, tylko dla przyzwoitości wypadało jej okazać pewne niezadowolenie.
Pod pokładem budziła się i ciotka Anunziata, a Cazitę zastała zadumaną głęboko, już czuwającą, ale jeszcze nie biorącą się do stroju. Cazita myślała także, co miało znaczyć to pocałowanie, wysłane przez powietrze — czy się niem obrazić wypadało, czy uważać je za oznakę niewinną więcej niż chwilowego uwielbienia.
— Nie mógł przecię mieć złej myśli młodzieniec, który mi wczoraj tak ładny różaniec darował?... to widoczne... gniewać się nie ma o co; ale trzeba też trochę być zimniejszą, bo to jakiś gorączka, choć z chłodnego kraju pochodzi! O! tak! muszę być bardzo ostrożną i baczną, chociaż zrażać go znowu nie ma potrzeby, nie! Takby mi było przykro, gdybym go zraziła! Ale ja to potrafię.