Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 31 —

— A ja wiem, — szepnęła cicho, ale żywo Cazita — że ojciec mi pozwoli zanieść polsko-weneckiemu szlachcicowi »fiascone« wina, a choćby sera i chleba...
— Nie pozwolę, nie, — rzekł kapitan — ale sam mu je zaniosę.
— A czemuż nie ja? spytała córka.
— Dla tego, dziecko ty moje, zawołał Zeno — że z serem mógłby i ciebie zjeść.
Rozśmieli się, ale w tem Cazita bardzo zręcznie wyminąwszy ciotkę wślizgnęła się na schodki, spadła po nich jak kot w głąb statku, i w chwilę potem wydrapała się nazad po cichu z flaszką oplataną, serem i chlebem. Jednym susem stanęła przed Konradem, skłoniła mu się, uśmiechnęła, wskazała na ojca, tłomacząc pochodzenie daru... i zarumieniona, słowa nie rzekłszy, uciekła; wpadła nazad na schodki, znikła... Kapitan Zeno uśmiechał się, ciotka gderała.
Tymczasem na pokładzie, ta postawiona flasza, ten chleb i ser, niewykwintny dziecięcego serca podarek, pozostał przed Konradem, który go tknąć nie śmiał, tak był niezmiernie wzruszony dowodem współczucia i dobrego serca dziewczęcia. Lica mu gorzały, serce biło: przecież nie spotkało to nikogo innego, tylko jego... jego jednego, — za tem... szły złotem tkane ludzkie marzenia. Cazita była tak cudnie piękna, on tak młody!
Węgrzynek patrzał na to zdziwiony, ale trochę dumny, że się na jego panu poznać umiano.
— Słuchaj-no chłopcze, rzekł do niego Konrad: rozwiąż-no mi ty zaraz ten sepecik, co jest w miechu skórzanym, a żywo...
Chłopak ukląkł i zabierał się do roboty, nie wiedząc o co chodziło, ale domyślając się, że pan po polsku miał odwdzięczyć ową flaszę wina i chleba kawałek.
Tak było w istocie. Panu Konradowi przyszło na pamięć, że na wyjezdnem poczciwy Pukało, który niczego nie zaniedbał coby w podróży przydać się mogło (czytając różne opisy wędrówek dla informacji — jak powiadał), wynalazł tam, że wszędzie małemi datkami wiele zrobić było można. Za pozwoleniem więc pryncypała nakupił różnych »ad hoc« fraszek, to jest »ad captandam benwolentiam* wschodnich narodów służyć mogących, między innemi dosyć wyrobów bursztynowych. Te bursztyny przypomniał sobie pan Konrad. Nie chciał on zbyt kosztownym darem obrazić kapitana i jego córki, a chciał polskiem sercem poczciwem, czemś im przecię odwdzięczyć. Na wierzchu w sepeciku leżał właśnie piękny różaniec bursztynowy z Męką Pańską zgrabnie wyrobioną. Zdało się Konradowi, że go przezna-