Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 120 —

ino ze złości. Ledwiem na próg... wstała, podeszła, mówi mi tak: »Słuchaj psie jakiś, słuchaj niegodziwy! jeżeli ojciec się dowie, jutro ty żyć nie będziesz... nóż w serce ci tak wbiję, że Jezus Marja nie rzekniesz, i z kamieniem u szyji powiezie cię ktoś pod »murazze« i zatopi... Nikt w świecie wiedzieć nie będzie, co się stało.« — Gęby nie umiałem otworzyć... »Czy się ze mną ożenisz czy nie, jak ty sobie chcesz, mnie wszystko jedno, znajdę dziesięciu na twoje miejsce, ale jeśli pikniesz, gotuj się na śmierć!...« Aż mi się łzy z oczu potoczyły, bom ją kochał, Bóg widzi, szczerze a poczciwie, i miałem ją też za uczciwą; więc jak nie wezmę się z nią certować, prosić, to, owo, myślałem, że się w niej co obudzi, ale ta w śmiech tylko ze mnie. — »Cóżeś to ty myślał, powiada, smyku jakiś bezwąsy, że to ja się w twojej mlekiem powalanej brodzie rozmiłuję?... albo mnie to iść za szewca? Przypatrz-no się, czym to ja nie na co lepszego stworzona? Jeśli się on ze mną ożenić nie zechce, albo nie będzie mógł, znajdę męża łatwo...« Jąłem ją pytać, poco mnie było zwodzić? a ta plunąwszy, powiada: — »Kiedyś głupi, pokutuj.« Jeszcze mnie zbezcześciła, proszę pana, do ostatniego. Wyszedłem gdyby z łaźni, głowę do reszty postradawszy. Nazajutrz stary szewczysko spostrzegł, że się coś niedobrego święci.. alem go zbył ni tem, ni owem; myślał, że to sobie zwykłe termedje, jak to bywają koło kochania, a jam też milczał... Trzeciego, czy czwartego dnia jakoś się jej litość zrobiła nademną, poczęła być łaskawszą, a trzęsła mną, jak sama chciała, bobym był za uśmiech jej mało nie życie dał. Otóż jak się owo nieszczęście poczęło, myślałem, że tego djabła swojego porzuci, ale gdzie zaś!... a mnie trzymała istnie jak psa na uwięzi, żeby oszczekiwał podwórko. Tymczasem ojcu ktoś szepnął... nicem ja o tem nie wiedział. Ojciec wpadł na górę i zbił ją na śmierć. Na krzyk wpadłem bronić; dostało się i mnie od niego, a co gorsza, nazajutrz, kiedy idę wieczorem nie myśląc nic, aż mnie połaskotał ktoś pod żebro tak, żem padł, pożegnawszy świat Boży. O włos chodziło, by mnie nie zabił, a co się krwi, słyszę, wytoczyło, starczyłoby konia napoić, jak ludzie mówili. Przecię Matka Miłosierdzia ratowała, ludzie nadeszli i nie dali mnie wrzucić do gondoli, bobym był pewnie na dno morskie popłynął czekać dnia sądnego. Jakoś się w szpitalu św. Rocha wyskrobałem, a Maryetta przyszła mnie przeprosić, bo się dowiedziała za późno, że ją kto inny wydał, nie ja... i żal się jej zrobiło, com dla niej tak cierpiał... Mogę powiedzieć, że mnie ona do życia przywróciła dobrem słowem; ale już od tego czasu do siebie przyjść nie mogłem, a djablica jeszcze mi gorzej znów w serce się wpiła.
— Cóż się z nią stało? — zapytał Konrad.