Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 108 —

Wtem stary, nim mu świecę przynieśli, skinął na klucznicę, zapraszając ją do siebie, a Stefanek zaraz do drzwi ucho przyłożył, bo był niezmiernie ciekawy.
— A co, moja jejmość, rzekł głosem wzruszonym: czegom się bał, tegom się nie ubał.
— No cóż? co? — zawołała przestraszona Murzynowska.
— No, jadą do tej Wenecji!... bodaj ją siarciste... — splunął nie dokończywszy, — taki jadą. Co to kobieta, gdy się mospanie uprze, a też jeszcze, z pozwoleniem, półdjablę weneckie; jak zaczęła stękać, kwękać, chorować, grymasić, chudnąć na złość, — otóż jadą...
Murzynowska, podzielając to strapienie, załamała ręce.
— Już ich tu żadna siła ludzka nie powstrzyma, rzekł stary, to darmo... Jegomość — panicz z żalu mało nie płacze, tak mu się jechać nie che, ale musi!
— Ale bo — ujmując się za płcią swą, dodała Murzynowska — ona bo nieboraczka z tej aury choruje; widzisz asandziej jaka blada.
Pukało ręką machnął.
— Dalifur! — zawołał, — dalifur! polityka ta choroba, ino się uparła... strzyżono, strsyżono... Juścić jej tam najlepiej w kamieniczce! ale co to gadać... nie posądzam, coś ciągnie jejmość.
Murzynowską się oburzyła.
— Dałbyś-bo jegomość pokój!
— Ano prawda, — odparł Pukało, — alem zły... Folwark, dwór, wszystkiego dostatek; ptasiego mleka chyba brak, a jeszcze źle i źle.
— Już, że dogadzaliśmy, to niech nie grzeszy, z pozwoleniem, jak wrzodowi... a mąka żeby była biała, a bułki tylko pszenne i pszenne... a sałaty w zimie... a potrawy cudackie, co ich nikt prócz niej w gębę nie wziął, chyba on przez grzeczność... I powiadam jejmości, — zawołał patetycznie Dalifur, — zobaczycie, że oni tu już nie powrócą... Ona go nie puści, opustoszeje nasz dwór, pójdzie kawał dobrej polskiej ziemi w cudze ręce. Ale, — westchnął — moje tego oczy nie zobaczą. Dawno trumna wyschła, żytem nasypana, czeka na strychu... toć w nią wlazę, żebym na ostatnią zgubę nie patrzał.
— I!... wstydziłbyś się jegomość znowu tak brać do serca.
Stary aż płakał; siadł w krześle na poduszce i oczy ocierał.
Nagle myśl mu jakaś przyszła, porwał za kij, za czapkę, świecę z porywczości palcami zagasił i szybko z folwarku wyszedł. Murzynowska wyjrzała i ruszyła ramionami; nie poszła spać spokojnie, dopóki wysłany Stefanek nie przyszedł z raportem, że stary się powlókł na plebanję.