Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szy demonstracyjnie Rżewskiego, który mu zaledwie oddał jego pozdrowienie — począł głośną rozmowę.
— Coraz więcej tu naszych ziomków przybywa — rzekł.
Nikt mu na to nie odpowiedział, tylko Troiński podniósł głowę zanurzoną w Pressie, popatrzał długo i uważnie na przybysza — i — powrócił do dziennika.
Karmili się wszyscy w uroczystem milczeniu; słychać było brzęk talerzy, nożów i widelców, latanie kelnerów i przelewanie austryjskiego wina z flaszeczek do szklanek.
Rycerz Zabawa ciekawemi oczyma plądrował po zasępionych twarzach. Nie powiodło mu się wprawdzie zawiązać rozmowę i kuso nań patrzano, ale go to nie zraziło; pracował snać nad znalezieniem innego środka wśrubowania się przymusowego między szanownych ziomków. Więcej oczyma niż gębą robił, jadł z roztargnieniem, co mu na zdrowie pójść nie mogło.
Ile razy wzrok wymierzył na Paschalskiego, tyle razy ten swój odwracał, dając do zrozumienia, że się z nim wdawać nie myśli. Rżewski był też milczący i patrzał tam gdzie się nie spodziewał spotkać rycerza. Musiał więc on, poznawszy instynktowo w Troińskim ziomka, na nim spędzić ochotę do rozmowy, rachując może, iż ona się stanie zaraźliwą.
— Zdaje mi się, że miałem przyjemność być panu przedstawionym u barona... — szepnął z cicha.
Troiński począł mu się przypatrywać z uwagą.
— Być może — odezwał się nader obojętnie — być może.
— Ernest Zielonowski.
— Jan Troiński.
— Bardzo mi przyjemnie, iż mogę się choć tu przypomnieć szanownemu ziomkowi, o którym tyle słyszałem.
Troiński skłonił się krzywiąc.