Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wystygłej kawy, która stała na stoliku, i pomyślał co robić z sobą.
Wczorajsza twarzyczka panny Anieli, przypominała mu się ciągle, niepokoiła go swym smutnym wyrazem, radby ją był znowu zobaczyć.
Czy będzie na obiedzie z ojcem na górze, o tem wątpił; czy mu wypadało pójść do Słomińskich z wizytą? rozważał właśnie.
W Wiedniu w istocie do roboty nic nie miał. Przyjechał tu rozerwać się, sprawić trochę sukni, pochodzić trochę po Grabenie i pospacerować po Stadt-Parku, nie zapominając wieczorem Volksgartenu. Opieka nad tą panną, samą jedną z ojcem chorym, uśmiechała mu się, jako bardzo przyjemny obowiązek. Chciał się jednak dowiedzieć coś wprzódy o tych Słomińskich, bo zaledwie słyszał o nich.
Przeszedłszy się z temi myślami po pokoju, wziął za kapelusz. Nie szkodziło przejść się po mieście i siąść na chwilę w kawiarni, naprzeciw św. Stefana.
Zamykał swe drzwi właśnie, gdy z sąsiednich wybiega prędko panna Aniela, obejrzała się i dała mu znak głową. Pan Eljasz krok podstąpił, aby spytać o zdrowie i rozkazy.
— Ach, proszę pana, proszę — zawołała pospiesznie Słomińska — o stanie mojego ojca, z którym się on przed nim, przypadkiem wydał w chwili zapomnienia, o którym nikt prawie nie wie, proszę, zaklinam, nie mów pan nikomu, nikomu...
Miałoby to daleko groźniejsze i boleśniejsze dla nas skutki, niżeli sam sobie wyobrażać możesz...
Złożyła przed nim ręce jak do modlitwy.
— Błagam pana!
Łzy postrzegł w jej oczach.