Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/79

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    losie, bij — i niech cię kaci porwą. Możesz bić ale jęku mojego nie posłyszysz.
    — Alboż ja jęczę? — odezwał się Kajo.
    — Twarzą, postawą, oczyma — powiadasz, żeś nieszczęśliwy, a nieszczęśliwym być nie powinieneś.
    Wolski się gorzko uśmiechnął, założył ręce na piersiach.
    — Cóż dalej? — zapytał.
    — Żal mi cię — rzekł garbus — mówmy otwarcie, z kościami mnie znasz, spodziewam się, że w przyjaźń moją wierzysz a zwierzyć mi się z żadną swą biedą nie chcesz. Chociaż żaden z nas nie łatwo słucha kogo... zawsze lżej radzić we dwóch i podzielić się goryczą. Mów, co ci jest, bo jak nie powiesz... zgadnę.
    — Ciekawym! — rozśmiał się Wolski i przeszedł z głową spuszczoną po pokoju.
    — Nie wyzywaj, powiadam ci, mam oczy ostrowidza. Zgadnę...
    — Cóż możesz odgadnąć? co! że nie mam ani grosza? że mam długi? że w piecu nie palę, bo węgla nie ma za co kupić?
    — To są wszystko curae posteriores — odezwał się Wojtuś — z tegobyś ty się śmiał jak ja.
    To mówiąc wstał, zniżył głos i począł seryo.