Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/77

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ponura... w izdebce przejmujące zimno jak na dworze a od okna chwilami dął jeszcze chłodniejszy wiatr...
    Dosyć było spojrzeć na Wolskiego, ażeby odgadnąć, że mu na świecie było tak strasznie ciężko, tak okrutnie smutno, tak nieporatowanie i rozpaczliwie źle, iż nie wiedział, co pocznie z sobą. Siadał na chwilę, patrzał na ten list, czytał go, odsuwał, chodził znowu, naostatek schowawszy go do szufladki stolika, rzucił się w róg starej sofki, podparł na dłoni i zadumał.
    Stuknięcie do drzwi, którego się mógł spodziewać, bo wprzódy daleko słychać było chód po schodach, ale tego nie uważał zamyślony Kajo — przestraszyło go tak, iż się zerwał cały drżący i chwycił za głowę. Wzrok jego padł naprzód na stolik, bo nie był pewnym, czy list schował — i dopiero słabym głosem chciał się odezwać, aby wszedł ten gość wieczorny... gdy nie czekając pozwolenia, wtoczył się płaszczem obwinięty garbus.
    — A niechże ich z tym berlińskim klimatem!... Na podwórzu choć psy goń! Ale ba! i u ciebie widzę nie palono.. czy co?
    — Nie palono... późno... wkrótce pójdę spać — węgla nie ma... kłopot... dzwonić... prosić... — rzekł Wolski.