Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/285

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    twarzą i dowodem przyjaźni. Nawet mi się jeszcze piękniejszą teraz wydała...
    Nazajutrz sam wziąwszy się za puls, postrzegłem, że grozi niebezpieczeństwo... Niemka zajechała głęboko...
    Przez trzy dni nie poszedłem do niej ze strachu, czwartego odebrałem przynaglenie. Musiałem być posłusznym. Przybywszy, zastałem ją samą i smutną. Czytała książkę jakąś, była to nowela Heysego, rzuciła ją i przyszła z wymówkami do mnie.
    — A! niewdzięczny pan jesteś! jak można było o mnie zapomnieć.
    Byłem w jakimś humorze osobliwym.
    — Wie pani co — zawołałem siadając przy niej — nie gniewaj się pani na mnie, jeśli powiem co nieprzyzwoitego.
    — Wy? nieprzyzwoitego? spytała zdumiona.
    — Nie mogę u was bywać, pani baronowo...
    — Dla czego?
    — Czuję, że mógłbym się zakochać... w moim wieku i z moim garbem. Byłaby to miłość śmieszna a męcząca. Baronowa się zapłoniła.
    — Ale, cóż to plecież, doktorze — odezwała się zmięszana, chyba nie myślisz o tem, co mówisz... Prawisz mi komplementa... jam za stara na te cukierki...