Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/144

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    stanie jest lub można przynajmniej próbować jakiegoś ratunku... Wiesz już, jak ci dobrze z Niemcami. Spróbuj się przenieść do nas...
    — Wilhelmina się za nic na to nie zgodzi — zawołał zmięszany Wolski — nie chciałem ci tego mówić — ale ona nie cierpi Polaków... Cóż chcesz, są to uprzedzenia...
    — Więc jakże ci dzieci wychowa?
    Wolski zamiast odpowiedzi poszedł do okna...
    Garbus wstał i począł się przechadzać. Po chwili Wolski wszedł blady z listem w ręku... Nie mogąc oderwać od niego oczów, czytał jeszcze, wszedłszy, długo — cichy wykrzyk dobył mu się z piersi, list rzucił na stół i ręce załamał.
    — Cóż się stało znowu? co ci jest...
    Wolski padł na sofkę i oczy zakrył...
    — Nic złego — odezwał się — nic złego, lecz wiadomość nie mniej dziwna, przykra, bolesna, która całkiem los nasz może odmienić...
    Podniósł głowę. — List od matki mojej żony — Hänschen nie żyje. Koń go dziki zrzucił w mieście, padł głową na bruk, chorował dwa miesiące... zwołano wszystkich lekarzy... Radca nie żałował nic... uratować go nie było sposobu... Wilhelmina została im jedna... Zdaje się, że ojciec jej