Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/137

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    się uparł, pociągnął z sobą szwagra i pojechali. Wprawdzie mieli dosyć trudności w dostaniu izdebki na trzeciem piętrze z dwoma lichemi łóżkami w którymś z hotelów nowego miasta, lecz widok tej ćmy ludu rozochoconego, szczęśliwego, wynagrodził im niewygody doznane.
    Niemiec przytomny podobnej manifestacyi polskiej nieochybnieby się na nią oburzał, wydziwiał i znalazł w niej dobrą pobudkę do wymyślania na tych nieznośnych szaleńców Polaków — poczciwy Wojciech przeciwnie przejęty był i z uszanowaniem patrzał na to święto pieśni, które wróżyło dzień czynów.
    Razem ze szwagrem, który jako wieśniak a szlachcic wcale miał inne uczucia i ramionami ruszał na to, poszli nazajutrz przypatrywać się na Nowym rynku pochodowi chorągwi stowarzyszeń śpiewaków, bractw, uniwersytetów i niezliczonych Vereinów, niosących swe godła w tryumfie... i defilujących przed panem Beustem, siedzącym na koniu i w duszy urągającym Prusakom.
    Był to jego dzień tryumfu — jedyny w życiu a krótko trwać mający. Kto inny miał zbierać owoce tego zjednoczenia ducha i dłoni.