Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Alboż w tragedjach nie ma także poważnych karykatur, to jest poczwar? przerwała hrabina Adela, prawda każe malować je takiemi jakiemi są.
— Niebezpiecznie to czasami do zbytku być prawdziwym! szepnął hrabia.
— Nie chodzi mi zresztą o ważność artystyczną powieści, zawołała Adela, a innego niebezpieczeństwa nie rozumiem.
— Nie draźnij pani, nie draźnij, szepnął Żywski zwieszając się nad jej krzesłem, tak, że gorący oddech jego nad swą głową uczuła, obojętne to sprawy dla obcych, obojętne może dla kogoś więcej jeszcze, ale mimo to... nuż się gdzie... jakieś zgasłe... dzikie namiętności przebudzą? do czego je wskrzeszać.
Hrabina milczała zagryzając usta.
— Przepraszam za te uwagi, dodał hrabia.
— Nie przyjmuję ich, odrzuciła Adela, mówię jak czuję i myślę.
— Wszak ci między mną a panią, nie ma, nie było i być nie może żadnego stosunku, szeptał pargaminowy, ale nosimy jedno nazwisko, jesteśmy dziećmi jednej ziemi, ludzie są posądzający i złośliwi, któż wie, czy się komu nie zamarzy upatrzyć w nas, we mnie, jakiej postaci opowiadania... naprzykład owej poczwary?
— A jeśli ją upatrzą?
— Może to być nieprzyjemnem... któż wie... może niebezpiecznem.
— Co za niebezpieczeństwo mogłoby grozić? komu? ja się niczego nie obawiam.
— A gdyby ono nie pani, ale komu innemu groziło?
— O! temu to nie wierzę, są ludzie, którym jedno