Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ręba, któremu to szeptał po cichu, stał nie wiedząc co począć.
— Dajesz mi pan słowo, że się nie targniesz na swe życie?
— Daję ci słowo, a ty daj mi pokój i ruszaj z Bogiem, zawołał hrabia, mówię ci, idź mi z drogi, na pamiątkę masz ten nóż, jest angielski i przedziwny, kosztował w Londynie dwa funty, począwszy od sztyletu do tyrbuszona, znajdziesz w nim wszystko co tylko z żelaza Anglik dla miłego grosza zrobić może.
Przeręba się uśmiechnął.
— Biorę nóż, a dwa funty złożę w skarbonie dla ubogich.
— A teraz, rzekł hrabia do Włochów, oto wasze pieniądze, trzymajcie mnie dobrze, nie puśćcie, będziecie mieli buona mancia.
Coraggio! maccaroni col fromaggio! zawołali chórem Włosi, śmiejąc się.
Bon voyage! podając mu rękę, mruknął vice-hrabia, mes respects à Sa Majesté Infernale et Royale.
Anglik przystąpił także.
— A powracaj pan prędko! nie kryję panu, dodał, że ten mały epizod dzisisiejszego wieczora nader mi jest przyjemny, nadaje to mu pewien ekscentryczny charakter. Spodziewam się, że nam pan zechcesz udzielić wrażeń swej podróży.
— Ponieważ się pan puszczasz bez celu na tę niebezpieczną próbę, rzekł Szwed, niechżeby z niej wiedza ludzka coś zkorzystała, zwróć uwagę na wnętrze krateru, które mało ludzi oglądało.
Hrabia gorączkowo dał znak towarzyszącym mu