Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom I.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
231

już się w szopach rozgościli, część dział z twierdzy puściła kule ogniste...
Jakby cudem wzniecony pożar, rozgorzał natychmiast; płomień z dymem wypędził żołnierza i z murów ujrzano go uciekającego żywiéj niż przyszedł: broń złożona w szopach, któréj pochwycić uciekając nie mogli, po chwili rozrzarzona strzelać poczęła do swoich. Żołdacy rozpierzchli się na wszystkie strony, i kupami podbiegając bliżéj murów, padali od kul Jasnéj-Góry. Widać było przestrach, zamięszanie i złość Millera, trąby żywo zaczęły zwoływać ludzi; mundury szwedzkie uściełały górę... biegali, mijali się, uciekali ku dołowi...
— Dzięki Bogu, — rzekł pan Zamojski — udało się jakeśmy chcieli: szwedzi wyparowani z budynków, strata w ich szeregach znaczna... Dobrze i to na początek, nie chwaląc się rozporządziłem jak należało; nie darmom Karlińskiego całą noc czytał.
Obrócił się do przeora z uśmiechem zadowolnienia, ale na twarzy kapłana wyczytał smutek.
— Coż to wasza przewielebność, witacie pomyślność twarzą tak posępną?
— Czyż pomyślność taka może radować ka-