Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Komedjanci.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z największą łatwością. Wprawdzie jakiś szlachcic zarzucił mu, że na tyle jaj nawet pod wielkanocne święta nie znajdą kupców falansterjanie, ale niemniej Sylwan, naburczawszy na szlachcica, który tak mizernych szukał opozycji środków, pozostał przy jajach i falansterze. Ojciec się zbliżył; — był to znak zwykłego boju. Potrzeba było słuchać, jak czule, jak zręcznie ojciec dopomagał synowi do objawienia swych transcendentalnych pojęć o reformie społecznej, popisując się dla większego kontrastu ze swoją dumką, arystokratycznym i rasowym uporem.
— Świat — mówił Sylwan w zapale — dąży do doskonałości i dojdzie do niej.
— Ale pozwólże...
— Proszę mnie wysłuchać; wiek nasz jest wiekiem postępów: zniknie ubóstwo, znikną plagi, jak wojna i mory, człowiek musi być szczęśliwym.
— Co? w komunizmie?
— Nie wyrokuję o formie, jaką przybierze przyszłość: są to zarysy tylko może niedoskonałe, objawiające silne pragnienie ludzkości.
— I chcesz mnie przekonać, że potraficie wszystko i wszystkich zniwelować i zrównać?
— Najzupełniej! Znikną klasy i kasty, których egzystencję i tak już podkopało rozumowanie.
— Stój! stój! To nie dla mnie, ja pozostanę, czem byłem. Nazwij mnie sobie, jak zechcesz, uparcie wierzyć muszę w nierówność ludzi, w coś odrębnego w klasach wybranych. Nie mogę się zaprzeć, dla jakichś tam marzeń, tradycji wieków, bytu własnego, drogich mi pamiątek mojego rodu i pochodzenia, i wszystkiego, co w puściznie odziedziczyłem po przodkach.
Sylwan ruszył tylko ramionami i komedja w ten sposób ciągnęła się dalej: ojciec sprzeczką pobudzał syna, podnosił go i stawiał w świetle; syn dźwigał ojca, nie szczędząc mu kontrastów; oba razem radzi byli z siebie, bo ludzie mówili: — Jednakże to młody