Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Emisarjusz.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


być... Co ty myślisz? Pawłowski, z Dubieńskiego powiatu... śmiało mu się postawić?
Pawłowski drgnął i pobladł.
— A! byłoby to bardzo łatwem, gdyby ten człowiek osobiście mnie nie znał i zajadle nie był mym wrogiem. Stare dzieje.
Załowicki podskoczył aż z łóżka.
— To nie ma co — zaprzęgać konie i jechać!
— Dowie się, że tu ktoś był i drapnął.
— Cóż się dowie? Załowicki i Pawłowski.
— Możemy jechać — odezwał się pierwszy — możeby nie jechać, ale to pewna, że on mnie widzieć nie powinien, i że jeśli mnie zobaczy... tom przepadł. Ja to nic — ale ze mną...
Załowicki spojrzał na zegarek, była dziesiąta przeszło.
— Do kaduka! — zawołał — jechać byłoby najlepiej, ale zważ: ta bestja wyjechała z Kołków rano... jest na Radziszewskiej grobli pewnie, my tą samą groblą musimy wyjeżdżać, bo dwóch dróg do tej fortecy niema. Spotkamy go w drodze... gotów zatrzymać, bo teraz taki czas... no i...
— Jeśli tak, to muszę zostać — rzekł Pawłowski — ale mu się nie pokazywać...
— Czy zwierzyć wszystko gospodarzowi?
— Niech Bóg uchowa!... nastraszylibyśmy go niepotrzebnie. Ja będę chory leżał cały dzień... ot, cała rzecz.
— Ale co ci poczciwi ludziska ze swą gościnnością, troskliwością, gotowi zrobić jakie dzieciństwo?
— Bądź co bądź, innej rady niema! — zawołał Pawłowski — idź wcześnie, uprzedź, że mam gorączkę, ból głowy, co chcesz... i że potrzebuje wypocząć w łóżku...
Załowicki zafrasował się.
— No tak — rzekł — wszystko to dobrze... ale