Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Emisarjusz.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

złamać... bo ci bądź co bądź nową dać muszą. Ja tak koczyk zyskałem, którym do tej pory jeżdżę. Złamała mi się najtyczanka stara... przywlokłem się na drągu do Dąbrowicy. Stary hrabia chciał mi pożyczyć bryczki... ja prosiłem, by ją odstąpił i musiał koczobryk darować. Jeszcze posłałem potem po moją starzyznę i odzyskałem ją napowrót naprawioną.
Sprawnik westchnął.
— Kiedy to powiadam ci — odezwał się — jak tylko trzy lata pokoju, a odetchnie ta szlachta, tak butnieje, że gotowa skarżyć na nas. Porobią stosunki z gubernatorami i nosy drą do góry.
— Ależ właśnie teraz drżą wszyscy!... gdzie im ochota przyjdzie do skargi?... dziś ich można dopiero pociągnąć.
— Ha no, popróbujemy.
— Tylko słuchaj, pułkowniku... jak w najzapadlejsze kąty, po takich wsiach, do których się dostać najtrudniej; nie zważaj na drogi... i dotrzyj, gdzie jeszcze nie bywałeś.. rozumiesz?
Szuwała zmilczał, potrząsł głową; widać było, że rozumna rada przyjaciela poszła mu do serca, rozmyślał nad jej wykonaniem.
Jakoż nazajutrz pocztowemi końmi wyruszył na objazd powiatu.


∗             ∗

Błogosławione zaprawdę te zakąty kraju, do których w pewne roku pory zwłaszcza nie może łatwo dostać się moskiewski urzędnik. Mają one wprawdzie rozsadzonych po miasteczkach asesorów i wójtów po wioskach, ale się to powoli obywa z mieszkańcami, rozleniwia i nie dokucza. Wreszcie niektóre osady są tak odległe, błotami i lasami ufortyfikowane, że do nich nawet najbliższa władza niełatwo i nieczęsto się dostaje. Któż nie zna tego kraju, jeszcze skazanego na żywot prastarych czasów, pustelniczego odosobnienia,