Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziecię Starego Miasta.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
34
J. I. KRASZEWSKI

loną twarz, na ubogie ubranie przeszłoroczną modą i powiedz sam, jak tak śliczny młodzieniec, salonów ozdoba, może nawet pomyśleć o takim, jak ja, kopciuszku?
— A, nie wiedziałem, że pani tak nielitościwie szyderską być umiesz — rzekł Edward cicho — rzucając na nią chmurne wejrzenie.
— Nie, panie — szyderską nie jestem, ale suchą, zimną, prozaiczną istotą. Taką mnie Pan Bóg stworzył... Zostawmy marzeniom atłasowym pana Edwarda, a chodźmy napić się wody.
I odeszli we dwoje, rzucając trochę zmieszanego młodzika, który chciał zakłopotać Anusię, a sam jakoś czuł się zbity i strapiony jej zimną krwią i spokojem.
— Do czego są tacy ludzie? — spytała po chwili Anna. — Na co się to przydało?
— Widziałaś kiedy, jak w sklepie pakują szkło, lub porcelanę?
— Ot... nie...
— Zwykle pomiędzy nią natykają siana, słomy, papierów strzyżonych. Na świecie ludzie rodzaju Edwarda grają zupełnie rolę papieru strzyżonego i siana. Gdyby nie ich delikatna nicość, wszyscybyśmy w tej życia podróży potłukli się jeden o drugiego. Oni są watą i słomą...
— Dosyć trafne porównanie — rzekła Anna, śmiejąc się — ale my tu gawędzim, a godzina moich lekcyj się zbliża i nie daje mi czasu trochę się z tobą posprzeczać. Więc do widzenia, Franku, dobrej bądź myśli! Trzeba wiele ducha, bo dzieło wielkie... Sursum corda!
I znikła za staremi drzewami łacinniczka. — Nie dziw, była przecie córką profesora.