Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dola i niedola część II.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

289
DOLA I NIEDOLA.

Jednego ranka wstał pan Baltazar do dnia, gdy go przeciwko obyczajowi na kawę do siebie zaprosiła pani Krzysztofowa. Nie wiedział coby to miało znaczyć. Zastał ją wystrojoną w czepeczek odświeżony, w suknię jedwabną, uśmiechniętą i ożywioną nad spodziewanie. Kawa była podana wykwintniéj; filiżanki chińskie otarte z kurzu, które zwykle tylko nudziły się nieboraczki na komodzie, teraz wystąpiły na tacę; w pokoju było weseléj, bukiet z kwiatów, okna otwarte. Ale nad wszystko dziwiła go twarz odmłodzona, spokojna Anusi, jakiéj pan brat dawno nie oglądał. Wyszła przeciwko niemu promieniejąca jakiémś weselem utajoném.
Pan Baltazar ledwie jéj nie posądził, że się w jego siwych wąsach zakochała; ale mu to przypuszczenie tak zdawało się nieprawdopodobne, że je jak szatański podmuch odepchnął.
Pani Krzysztofowa wskazała mu miejsce.
— No, cóż? jakże? odezwała się: nie prawdaż, że dziś, albo najdaléj jutro Krzyś z Adasiem pewnie przyjadą? Ależem się na nich wyczekała! Rachuję, że już są w drodze i niedaleko.
Pan Baltazar otworzył usta, osłupiał, nie wiedział co odpowiedzieć.
— Tak, dziś, jutro — rzekła pani Krzysztofowa — jestem tego pewna... I potrzebaby pomyśleć, panie bracie, gdzie pana Adama postawimy; boć to teraz wielki pan z niego: a gdzie ja go pomieszczę? Właśnie po to tu kochanego brata wezwałam, abyśmy się naradzili, jak go tu ulokujemy? gdzie? Pan Krzysztof zajmie swój pokój, ale pan Adam?... Toć to mu potrzeba, żeby było i obszernie, i porządnie co się zowie: człek już do wygód przywykły... i taki to dygnitarz...