Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dajmon.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


....Adrjan miał, gdy z matką w podróż do Włoch się wybierał, lat trzydzieści, był więc, a raczej powinien był być w sile wieku. Umysłowo rósł jeszcze i potężniał z dniem każdym, ale to wzmaganie się na duchu odbywało się widocznie kosztem ciała i organizmu.
Wedle francuzkiego wyrażenia, miecz pochwę rozdzierał i zużywał.
Nie zawsze było to widoczne, i dusza miała w nim jeszcze siłę tak ogromną, że już zużyte i stargane przedwcześnie ciało — dźwigała na zawołanie, dawała mu utraconą potęgę młodości. Ale po każdym takim wysiłku i zwycięztwie nad wysłabłem ciałem, mściło się ono, oddziaływając na ducha i nawzajem czyniąc go, choć na krótko, niewolnikiem swoim. Naówczas Adrjan padał na łóżko, leżał dysząc, bezmyślny na pozór, znękany, mając już przeczucia śmierci, choć żaden widoczny symptom choroby już nie zwiastował.
Potrzebował spoczynku, ciszy, i w jakimś półśnie, dręczony marami gorączkowemi, wijącemi się po mózgu bezładnie, podobnemi do wibracyi strun, na których niedawno brzmiała muzyka, nie był już panem siebie.