Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Cześnikówny.djvu/115

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    się zemną stało. Ludzie i rzeczy powrócą z Warszawy, im téż nic nie mówić o mnie. Leśniczego jestem pewny — chłopca którego posyłam po ciebie odesłać zaraz gdzie chcesz, aby w domu nie był i nie paplał...
    — To się rozumié — odezwał się Cyrkiewicz, choć jeszcze nie bardzo mógł zrozumiéć całéj sprawy.
    — Składa się tak że ja tu jakiś czas muszę przesiedziéć aby o mnie świat i ludzie nie wiedzieli i zapomnieli. Będą przychodzić listy, proszę odsyłać je nazad z tém, iż niewiadome wam miejsce mojego pobytu...
    — A już ja sobie radę dam; — odezwał się ekonom wzdychając, ale proszęż jaśnie pana, co się stało? jeśli wolno zapytać.
    — Mała rzecz, głupstwo — odparł Michał — przegrało się trochę pieniędzy w Warszawie, szulery mnie podeszli... Musiałem dać weksel... niechże dochodzą kiedy potrafią... naprzód tego co weksel wydał, a potém na wiosce pieniędzy... Niéma i chwili do stracenia nim się co rozpocznie, dodał, jedź waćpan po Dygowskiego, temu usta pieniędzmi zamknę aby nie gadał; a trzeba zrobić tak, aby na wiosce nie było co wziąć...
    Przeszedł się po izbie p. Michał jakoś już na duchu trochę dźwignięty...
    — Ale tu jaśnie panu trzeba co przysłać rzeczy, pościeli, ba i do życia; rzekł Cyrkiewicz...
    — Chyba tak, aby w domu ani znać było co się wzięło, ani o tém kto wiedział. Rozumiész waćpan... Jakby się wydało że tu jestem, wszystko przepadnie. Jedź po Dygowskiego, mów z nim na cztéry oczy, wsadź go na bryczkę i przywoź. Masz co piéniędzy?
    Cyrkiewicz usta trochę skrzywił. Muszą się znaleźć. Sprzedam kopę sosen...
    Poszeptali z sobą; ekonom chłopca dla utrzymania tajemnicy z listem wysłał do stryjecznego brata o mil sześć, a bratu zalecił aby sobie z nim robił co chce, a do domu go nie puszczał. W godzin kilka jechał po Dygowskiego, który był prawnikiem Skórskiego oddawna. Należał on do tego kółka ludzi życie lubiących, jakimkolwiek bądź kosztem, — do którego i p. Michał Skórski się liczył. Karty, butelka, przyjemne próżniacze towarzystwo, składały się na żywot i sprawy pana Godziemby-Dygowskiego, z powołania prawnika, a niegdyś młodzieńca wielkich nadzieij. W istocie był to człowiek zdolności rzadkich, obję-