Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Choroby wieku tom II.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

potrzeba być zimnym jak cyfry o które chodzi... Sądzę że to tylko strachy być muszą, a rzeczy ułożyć się dadzą... Nie trzeba tego brać tak bardzo tragicznie.
— Dzięki Bogu! przerwał Michał, uspakajasz mnie, bom słyszał że proces na głowę przegrany.
— Tak mówią, ale ja tam nie wiem zresztą, odparł Tymlo... być i to może... ojciec powinien poradzić... c’est son affaire.
— Ale on chory, mnie się zdaje że tobie by się tem zająć należało, a ja ci do porady doskonałego i doświadczonego przywiozłem prawnika...
— O! zbytek troskliwości, dajże mi z tem pokój, ja się do niczego mieszać nie chcę — ojciec sam sobie da radę, dla mnie to greczyzna!!
I ruszył ramionami Tymlo, podając Michałowi cygaro, które wprzód bacznie opatrzył!
Tej zimnej krwi wychowańca Wielkiej Brytanji, Solski zrozumieć nie mógł, i wkrótce wyrwawszy się od niego, pospieszył do starego Dembora, którego zaledwie mógł poznać, tak go zmieniła straszliwie choroba!
Poczynał chodzić zaledwie, wyżółkły, wyłysiały, kaszlący, zestarzały nagle, wyglądał jak szyderskie widmo przeszłości; Michałowi na widok starego łzy się zakręciły w oczach.
Znać było po rozpaczonym Demborze, że go nie oszczędzano już wcale, jakoż Tymlo ledwie powstającemu z łóżka, nieprzygotowanemu do tego ciosu, zaraz powiedział o ostatecznym wyroku, i to w sposób tylko w jaki dzisiejsze dzieci rodzicom nieszczęście zwiastować mogą, cierpko, szydersko, boleśnie. Dembor stanął przybity i słowa nie rzekł, uśmiech tylko okropny sine mu i drżące przebiegł usta... Nie było ratunku, odwaga, ochota do życia i pracy opuściły go, zobojętniał na wszystko, dał z siebie szydzić niemal synowi, i cierpiąc straszliwie, umiał jednak znosić nieszczęście z milczącą godnością. Z nawyknienia jeszcze usiłował być panem siebie, nawet w upadku z którego się już dźwignąć nie mógł sam, nie odzywając do nikogo po