Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Choroby wieku tom II.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
XXXV.

Ten cios jakkolwiek przewidzianym być mógł, piorunem uderzył w niedowiarków, których długie powodzenie czyniło bezpiecznymi.
U łoża chorego krzątali się tylko doktorowie i słudzy, sama pani zjechała była z córką na wieś, Tymlo podróżował do drugiej stolicy, dokąd myślano że się sprawa przeniesie. Wieść o przegraniu na głowę procesu, posłana sztafetą do Demborowa przez plenipotenta, wpadła tam niosąc z sobą nasienie długich i nieprzemożonych boleści. Samej pani doradzono zaraz, dopominać się naprzód swojego posagu i deportatów, aby cokolwiek uratować z tego kataklizmu. — Zaraz więc w pierwszej chwili spiesznie kroki ku temu poczynione zostały, aby ocalić choć szczątki, gdyż niezła suma znajdowała się na hypotece. Tymlo zawróciwszy z podróży, którą powoli odbywał, nadjechał do Demborowa do matki, krótko zabawił i pospieszył do ojca, w myśli że coś jeszcze potrafi na odwrócenie klęski poradzić, ale w kraju którego nie znał stosunków, nie wiedział form prawnych, którego ludzie i obyczaje byli mu obcymi, nic nie umiał, tylko się niecierpliwić. Jak matka, jak Emilja, tak on wszystką winę zrzucali na nieopatrzność ojcowską i nie kryli się wcale z żalem jaki do niego mieli. Szczęściem Dembor leżał nieprzytomny prawie, i przystąpić doń z wyrzutami nie było podobna. Tymlo więc najął sobie mieszkanie w hotelu, z krwią zimną na dawną stopę życie urządził i czekając co będzie dalej, nie przypuszczał żeby ruina mogła i śmiała dotknąć tak dystyngowanego człowieka i tak znakomitą rodzinę, był pewien że cały świat zerwie się ich ratować.
Tymczasem przegrany proces groził zupełnem wydziedziczeniem i ruiną jak najkompletniejszą... Plama pewien swego, na główkę od szpilki ustąpić nie myślał; a z tej nielitości w kółku swem arystokratycznem tłumaczył się bardzo zręcznie, wystawując za przedstawiciela dawnej podupadłej rodziny możnej,