Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Choroby wieku tom I.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

nić można, rachujcie na współczucie i gotowość moją na usługi wasze. Nie piszę długo będąc niezmiernie zajęty, ale oboje zapraszamy was najmocniej ażebyście do nas przyjechali i czekać będziemy z niecierpliwością przybycia waszego.“
Do tych słów kilku, pani dodała wystudjowany przypisek z wykrzyknikami i kropkami, w którym usadziła się na czułość jakby na przekor chłodnym wyrazom męża i z całą swą poetyczną wylała się duszą. List w ten sposób sklejony, wyprawiono do Porzecza.


XVII.

W żałobą okrytym dworze Solskich cicho było i smutno. Dom i okolica nie wyglądały wcale na majętność urządzoną, postępową, czułeś się tu u siebie w domu, na kochanem starem śmiecisku.
Stare drzewa okalały odwieczną siedzibę, a nie dzisiejsze choć porządne jeszcze budowy składały się na gospodarskie obejście. Dwór także nie był dzisiejszy... ale wiek nadając mu charakter poważny, przy skromnem utrzymaniu, obdarzał nieopisanym wdziękiem, bo nic smutniejszego nad białe ściany do których żadna nie przylgnęła pamiątka. Gospodarstwo znać szło tu także starym trybem tradycjonalnym, fabryk i machin nie widać było wcale. Ale przechodzących ludzi twarze świadczyły o dobrym bycie, i z ich wyrazu znać było, że związek żywy między ludem a dworcem nie został zmieniony na obojętny rachunkowy stosunek kapitalisty i wyrobnika. U ganku stały baby przynoszące na sprzedaż to czego do miasteczka zawieźć nie pospieszyły matki z choremi dziećmi po lekarstwo, starzy gospodarze z jakimiś potrzebami do panicza, poufali znajomi z pokłonem przychodzący dowiedzieć się o zdrowie, i wypić kieliszek gorzałczyny. Wszyscy oni byli tu u pańskiego dachu tak swobodni i weseli jak w domu własnym, rozmawiali głośno, siedzieli gdy się pomęczyli, a u przechodzących dworskich dowia-