Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Trafiło się, że mógł jéj jakąś uczynić przysługę — nigdy tego nie zaniedbał.
Wszyscy się sentymentu dopatrywać zaczęli, lecz był tak dyskretny, tak bojaźliwy, że zdawał się nie prowadzić do niczego.
Wdowiec miał lat czterdzieści, choć dosyć młodo wyglądał, Maryś ledwie połowę tego wieku.
Nieśmiałe to oczekiwanie trwało z pół roku. W końcu łowczyna, która to także spostrzegła, wzięła kuzynka na spytki.
— Słuchaj-no, Kalusiu — coś ty mi się bardzo patrzysz na tę Maryś? Hę? przyznaj się! czyby ci się jéj chciało? Mów otwarcie.
Kalasanty okrutnie się przestraszył, zarumienił, chciał zapierać.
— Ale, nie kłam... słodko na nią patrzysz... Niema się czego wstydzić, rzekła łowczyna. Dziewczyna sierota, uboga ale poczciwa i dobra, jużcić nic złego nie myślisz...
Od słowa do słowa Podrębski się przyznał do afektu ale razem i do tego, że żadnéj nadziei nie ma, że się starym czuje.
Łowczynie tylko tego było potrzeba. Miała słabość niewypowiedzianą do kojarzenia małżeństw, już dla samych weseli zabawy. Po wy-