Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Bracia rywale.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mogąc rosnąć, w środku gęsto zbitemi, czarnemi się okrywały wypustkami — i stały jak z muru ciemnego zbudowane. Oprócz tego duże długie ulice, jak zielone korytarze, dwiema okrągłemi altanami zakończone, w lecie nie przepuszczające promieni słonecznych mogły służyć za schronienie w największe upały.
Tu dopiero chłopaki się rozkoszowały, biegając na wyprzodki i przypatrując mnóstwu ptastwa, które się gnieździło po gęstwinie. Gniazd bocianich, czaplich, wronich, nie licząc drobnego skrzydlatego tłumu, co niemiara było. W sadzawkach cembrowanych mogli widzieć rzucające się karasie i liny... Tu też mnóstwo ślimaków dostarczało przedmiotu do ciekawych obserwacyj... Brano jednego z nich i przemawiano doń wedle starej formuły:

Ślimak, ślimak — wystaw rogi,
Dam ci grosz na pierogi...

Ślimak zwolna wysuwał rogi z pod skorupki i dostawał po nich gałązką, czem skonfundowany, na nowo uciekał, cały chowając się w swym domku... Ogród to był pełen dziwów i czarów, a osobliwszym w nim przedmiotem — dla którego widzenia nie żal było przebiedz w drugi jego koniec, — była grota cała muszlami wysadzana. Niegdyś tryskała z niej woda, lecz gdy prowadzące ją rury się popsuły, stała sucha; ściany jej, odziane całe kamyczkami świecącemi i skorupkami osobliwych barw i połysków, podziw obudzały w chłopcach. Po nad nią i do koła jej rosły różne dzikie krzewy, przypominające nieco to ich schronienie pod murem cmentarnym, w którym niegdyś siadywali. Tu jednak daleko było piękniej — a coś tajemniczego nęciło do niej. Słońce nigdy nie dochodziło do tego kątka, powietrze przesiąkło było jakąś wilgocią i zapachem dziwnym... Zdawało się, że jakieś poczwary, duchy i widma zamieszkiwać tu i gospodarować musiały, gdy ludzi nie było. Do wrażenia, jakie czyniła grota, przyczyniało się i to jeszcze, że — jak mówili pocichu dworscy — jeden z dworzan poprze-